Kategoria: Bez kategorii

Od nowiu do nowiu – święty miesiąc muzułmanów. Ramadan.

Miesiąc postu i biesiadowania.

W naszym zachodnim świecie, gdzie tak bardzo odeszliśmy od tradycji i praktyk religijnych – słowo post jawi się jak coś mocno egzotycznego, może nawet niektórym kojarzy się jedynie z Biblią. Nasi rodzice, dziadkowie (i to tylko w niektórych domach) nie jadali mięsa w piątki, mało kto jednak faktycznie odmawiał sobie strawy w dłuższych okresach – tj Wielki Post.

U muzułmanów jest inaczej. Oni nie tylko praktykują swoją religię, ale żyją nią. Dlatego niemożliwym jest porównywanie lub ocenianie naszych dwu światów bez brania pod uwagę tego elementu. Islam jest religią żywą dla prawie 2 miliardów ludzi na świecie. Ramadan zaraz po Aid al Adha (święcie barana) – jest najważniejszym świętem muzułmańskim. I równocześnie jest też świętem, które niemuzułmanów najbardziej kłuje w oczy. Jak to tak? – nie jeść i nie pić cały dzień? Przecież to głupie! (serio?) Niepraktyczne! (to prawda!) Niezdrowe! (nie prawda!). I w imię czego? – ja się pytam.

Ramadan jest miesiącem, któremu przypada liczba 9 w muzułmańskim kalendarzu księżycowym. Co roku odbywa się w trochę innym czasie (w porównaniu do kalendarza gregoriańskiego) – dlatego święto ramadan jest świętem ruchomym. Czasami przypada na jesień, zimę, czasami na lato. Lato jest najtrudniejsze – gdyż post ten polega na niejedzeniu i niepiciu niczego od wschodu do zachodu słońca. O ile w upały 40 czasami nawet 50 st celsjusza (wiele krajów muzułmańskich znajduje się na pustyni) nie jeść jest względnie łatwo – o tyle nie picie w tych warunkach jest prawdziwą katorgą.

Dlaczego się na nią decydują? 

Nie ma siły innej niż determinacja wewnętrzna, która może skłonić człowieka do tak wielkich poświęceń!

Trzeba się tu cofnąć do Mekki w VII w.n.e. Kiedy to Prorok Mahomet (jeszcze wtedy nie był uważany za proroka) prowadził skromny żywot. Miał starszą od siebie żonę – Khadidżę oraz ukochaną córkę – Fatimę. W ówczesnej Mekce (która była bogatym miastem handlowym, przez które przebiegał jeden z ważniejszych szlaków handlowych Półwyspu Arabskiego) – panowało wielobóstwo. Choć znane już światu były dwie religie monoteistyczne – judaizm i chrześcijaństwo – Mekkańczycy oddawali cześć licznym duchom pustyni oraz trzem bóstwom żeńskim, którym dedykowane były liczne świątynie. Idea jednego Boga powoli zaczynała dopiero kiełkować w głowach i sercach nielicznych – jednym z nich był właśnie Prorok Mahomet. Chodził on medytować do jaskini, która znajdowała się na wzgórzu Hira – nieopodal miasta. To tam po raz pierwszy – już po licznych godzinach spędzonych w medytacyjnej ciszy – zjawił się przed nim Archanioł Gabriel (ten sam, który zwiastował Marii, że zostanie matką Boga) i oznajmił Mahometowi, że przez niego będą przepływać wersety kolejnej świętej księgi, którą to jedyny Bóg Allah – zsyła ludziom pustyni. To właśnie były początki jego misji. „Nie ma Boga prócz Allaha, a Mahomet jest Jego Posłańcem” – tak brzmi szahada – wyznanie wiary, najprostsza i najważniejsza modlitwa muzułmańska, a zarazem pierwszy z pięciu filarów islamu.

Kolejnym filarem tej religii jest właśnie święty post – Ramadan. Obchodzony od ponad 14-stu stuleci po to, aby uczcić właśnie powyżej opisany czas z historii islamu- zesłania pierwszych wersetów Koranu.

W czasie ramadanu nie można – jeść, pić, palić (ani tym bardziej korzystać z innych używek). Nie można też korzystać z uciech cielesnych. Kobiety nie powinny się stroić, zdobić dłoni henną, nie powinno się też niepotrzebnie strzępić języka na kłótnie, obgadywanie, kłamstwa. Wszystko to zabronione od wschodu do zachodu słońca. Czas na nadrobienie zaległości jest nocą, ale wtedy też trzeba się wyspać przed kolejnym, wyczerpującym dniem postu. 

Dobrze zrobiony post ramadanowy ma na celu oczyścić ciało, umysł i ducha ze zbędnego balastu i szumu, który nagromadził się podczas roku życia w pośpiechu, nadmiarze i hałasie. Jest to czas wzmożonych modlitw i medytacji. Czas, w który wstępuje się z intencją, w imię której modlitwy płyną w górę. Do Allaha. Czas odpuszczenia grzechów. Czas empatii względem innych ludzi – głównie słabszych i uboższych – nie każdego bowiem stać na porządną, codzienną strawę, więc doświadczając dyskomfortu głodu i pragnienia, które niektórzy odczuwają na codzień – poszczący uwrażliwia się na ich los. Dlatego w czasie ramadanu każdy muzułmanin powinien ofiarnie podporządkować się dwu kolejnym filarom islamu tj – zakat – czyli jałmużna oraz salat – czyli modlitwa.

Z racji tego, że restrykcyjnie zabronione jest korzystanie z używek – jest to także doskonała okazja dla tych, którzy planują rzucić palenie papierosów albo marihuany (alkohol jest jasno zabroniony przez świętą księgę przez cały rok, a nie tylko w czasie ramadanu). Co prawda palacze mogą po zachodzie słońca oddać się nałogowi, ale wytrwanie cały dzień bez papierosa dla osoby uzależnionej jest mega wyzwaniem. Dla niektórych – niemożliwym. Niektórzy – zaskakują samych siebie. I rzucają.

W ramadanie także można zobaczyć ludzi namiętnie uprawiających sport. Oczyszczanie ciała połączone z regularnym ruchem (najczęściej tuż przed zachodem słońca) jest bardzo korzystne dla organizmu.

No i – co najbardziej zaskakujące – ramadan jest czasem wspaniałego, kolektywnego biesiadowania. Okresem, w którym konsumuje się najlepszej jakości jedzenia w roku! Muzułmanie mówią, że to jak nasza rodzinna kolacja na Boże Narodzenie – tyle, że oni tych „kolacji” mają aż 30. A raczej nie kolacji, ale śniadań. Chodzi tu o iftar – czyli pierwszy posiłek ramadanowy.

Po zachodzie słońca w Maroku rozlegają się syreny (podobnie brzmiące, jak te u nas upamiętniające Powstanie Warszawskie), dopiero potem słychać muezzinów nawołujących modlitewnym śpiewem do meczetów. To znak, że post na dzisiaj się kończy. Wg tradycji muzułmańskiej powinno się go przerywać daktylem (tak właśnie robił Prorok Mahomet). Potem już można się czegoś napić!. Niektórzy piją wodę i biegną z sadżdżadą (modlitewnym dywanikiem) dokonać ablucji i pomodlić się. Inni, coby dopełnić tradycji kulinarnej – piją mleko, a potem pędzą do domów lub do restauracji aby wreszcie się najeść. Nałogowi palacze z błogim wyrazem na twarzy palą pierwszego tego dnia papieroska. Zaczyna się iftar – biesiadowanie w uroczystej atmosferze. 

Z racji tego, że większość ramadanów obserwowałam w Maroku – o Maroku będę teraz pisać, choć podobnie to wygląda w innych krajach świata arabsko-muzułmańskiego. Stoły ramadanowego śniadania uginają się od potraw. Gospodynie domowe stają na głowie, żeby dania przez nie serwowane były najsmaczniejsze – tym bardziej, że wieść o ich umiejętnościach kulinarnych niesie się daleko, bo często na śniadania zaprasza się gigantyczne w tej kulturze rodziny (z wujostwem i kuzynostwem włącznie) oraz sąsiadów. Sprzedawcy jedzenia – co dość paradoksalne – mają w tym okresie postu najlepsze w roku utargi! Biesiadowanie odbywa się w bardzo radosnej i naprawdę głośnej atmosferze. Potrawami, które muszą znaleźć się na ramadanowym stole w Maroku są: zupa harira – tradycyjna zupa marokańska na bazie rosołu i soczewicy z ciecierzycą, pomidorami oraz kolendrą. Taka nasza pomidorowa plus rośliny strączkowe zapewniające jedzącym duże ilości skrobi. Marokańczycy uwielbiają łączyć słone ze słodkim – dlatego harirę przegryzają daktylami, jajkiem na twardo oraz bardzo słodkimi ciasteczkami szribakija. Oczywiście wszystko się suto popija wodą lub słodką herbatką marokańską z miętą. Obowiązkowy jest także sok z wyciskanych pomarańczy – po to, aby dostarczyć organizmowi witamin. Ponadto je się jasne, lekkie mięso (np. drób i ryby) oraz sałatkę marokańską – na którą składają się posiekane pomidory i cebula z solą i kuminem. Między posiłkami robi się przerwy, żeby nie pęknąć w pół. Jednak nie wszyscy znają umiar – dlatego w do klinik i szpitali w tym okresie trafia wiele stękających, naprawdę ciężko cierpiących pacjentów. No cóż – wszystko trzeba umieć robić – w czasie ramadanu znalezienie balansu pomiędzy niejedzeniem a jedzeniem, bezczynnością a byciem aktywnym jest najważniejsze. Nawet po zachodzie słońca.

Po jedzeniu zaczyna się impreza. Kto był w Maroku w tym okresie ten wie – hordy rozśpiewanych, wesołych ludzi krząta się po ulicach miast. Dzieci towarzyszą dorosłym do późnych godzin nocnych. Później zostają już sami młodzi mężczyźni. Jest trochę jak w sylwestra – tylko bez fajerwerków. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak ci imprezujący poradzą sobie z kolejnym dniem w pracy (ramadan przecież nie zwalnia z zarobkowania) – tym bardziej, że przed wschodem słońca wypada jeszcze wstać, aby się napić wody, bo gdy już muezzin wzywa na poranne modły do meczetu – znowu zaczyna się post. Kto może ten zostaje dłużej w domu, większość idzie do pracy, aby w lekkim stuporze przeczekać do chłodniejszych godzin popołudniowych. Ramadan jest fatalnym miesiącem na załatwianie jakichkolwiek ważnych spraw – nikt tak naprawdę cię nie słucha, nikt nawet nie chce z tobą rozmawiać. Wszyscy przeczekują do chłodu wieczoru, kiedy to – puste w czasie dnia ulice – zapełniają się radośnie ożywionymi tłumami. I tak przez cały miesiąc.

Z postu zwolnione są osoby starsze, chorujący, kobiety w ciąży i w połogu, dzieci (aż do osiągnięcia dojrzałości płciowej), a także osoby będące w podróży. Poza tym nie ma przymusu, żeby pościć, ale nie można – pod groźbą więzienia – ostentacyjnie przerywać postu będąc obserwowanym przez innych – np. na ulicy albo w sklepie. Jak zbyt jawnie i ostentacyjnie przerwiesz post – spotka cię ostracyzm społeczny. W skrajnych przypadkach – areszt.

W tym roku ramadan zaczął się 12 kwietnia – skończy się z 12 maja. Czyli w tej chwili muzułmanie całego świata są już po półmetku. Dla najbardziej religijnych zbliża się najważniejszy moment – Itikaf. To trwanie w meczecie w celu czczenia Allaha. Osoba, która robi itikaf musi mieć ku temu intencję, czystość od dżanaba (brud albo grzech seksualny) oraz czystość po okresie i połogu. Itikaf rozpoczyna się 10 dni przed końcem postu, po modlitwie fadżr, po której aż do zakończenia ramadanu trwa się w modlitewnej medytacji bez wychodzenia z meczetu, chyba że z konieczności. Podczas itikafu nie można odwiedzać chorego, uczestniczyć w pogrzebie, ani współżyć ze współmałżonkiem.

Jakby tego poszczenia w dzień, a biesiadowania nocą było mało – miesiąc Ramadan kończy się świętem Eid al-Fitr. W tym dniu muzułmanie w atmosferze radości odwiedzając się nawzajem, pozdrawiają słowami „eid mubarak”, składają sobie życzenia i obdarowują prezentami. 

Świat po Ramadanie wraca do normy. Każdy coś z niego wyciągnął dla siebie – niektórzy modlitewny entuzjazm na resztę roku. Inni bunt powoli kiełkujący w sercu. Życie się toczy dalej.

Autor: Dorota Szelezińska

Kharboucha – walcząca własnym głosem

Kharboucha jest niewątpliwie jedną z pierwszych znaczących, kobiecych postaci w historii Maroka.

Walcząca bronią i muzyką. Odważyła się śpiewać o miłości między mężczyzną a kobietą (co w muzułmańskiej kulturze tamtych czasów faktycznie było aktem heroizmu, gdyż to były czasy, kiedy miłosne pieśni dedykowało się głównie Allahowi. Przyp. Tłum.). Potępiała polityczną niesprawiedliwość i kolonializm.

Dla narodu marokańskiego Kharboucha pozostanie przede wszystkim znana ze swojej odwagi i politycznej mądrości.

Pod koniec XIX wieku Maroko doświadczało kryzysu finansowego – bieda i głód były wszechobecne. Kryzys ten przygotował grunt pod kolejną inwazję i ucisk kolonialny (który w Maroku trwał do lat 50 XX w. Przyp Tłum.) Dochodziło do licznych powstań, w tym buntu plemienia Oulad Zeid.

Urodzona w Maroku pod koniec XIX wieku w regionie Doukkala-Abda niedaleko Safi, Kharboucha była członkiem buntowniczego plemienia Oulad Zeid.

Kharboucha, znana również jako Hadda Al-Ghita (jej prawdziwe imię) była kultową postacią i działaczką polityczną, która wykorzystywała swój głos i poezję do walki z brutalnością i niesprawiedliwością Aissy Ben Omara, który został przywódcą regionu Abda za panowania sułtana Abdula Aziza.

Aissa Ben Omar, który urodził się w Safi w 1842 roku, był znany ze swojej brutalności i okrucieństwa. W połowie 1895 roku jego siły krwawo stłumiły powstanie plemienia Oulad Zeid. Historycy opisują ten ucisk jako rok „Refsa”, co można przetłumaczyć jako rok „kopnięcia”.

Kharboucha, która nie mogła znieść niesprawiedliwości narzuconej jej plemieniu przez potężnego kaida (kaid – dowódca wojsk lub zwierzchnik okręgu, termin używany w krajach Afryki Północnej, tytuł był nadawany przez samego sułtana. Przyp. Tłum.) – postanowiła zaszczepić w swoim plemieniu ducha buntu, aby przeciwstawić się krzywdom reżimu. Użyła swojego głosu jako przewodnika w tym konflikcie.

Aita – znaczy „płacz”

Gatunek muzyki, który kultywowała Kharboucha, to „aita” – ludowy zaśpiew z tekstami w Darija (dialekt, którym posługują się Marokańczycy – jest to połączenie języka berberyjskiego i arabskiego. Później – w czasie, gdy Maroko było pod protektoratem Francuzów 1912-1956 do dariji dodano jeszcze elementy języka francuskiego. Darija to „język” ulicy, którym obecnie posługuje się większość Marokańczyków, słychać go też w radio i telewizji. Czysty arabski używany jest głównie w trakcie celebracji rytuałów religijnych. Przyp. Tłum.)

Aita może być wykonywana przez jedną osobę lub grupę muzyków, z mocnym wokalem. (Często też przy akompaniamencie instrumentów, głównie smyczkowych. Oraz bębnów. Aita to wezwanie do czynu, muzyka wykonywana głównie przez kobiety, albo przez mężczyzn przebranych za kobiety. Przyp.Tłum.)

Kharboucha była jedną z pionierek tego gatunku. Była także bardzo płodną artystką – autorką tekstów i muzyki. W czasie swojego krótkiego życia skomponowała wiele utworów. Poprzez swoje teksty przedstawiała życie marokańskich kobiet, wyrażała antykolonialny opór, wyśpiewywała swoje poczucie wolności i godności oraz pragnienie poprawy bytu swojej społeczności. Nawoływała też do walki z opresją kaida Aissy Ben Omara.

Jej poezja i piosenki rozprzestrzeniły się błyskawicznie wśród członków jej plemienia i innych sąsiednich plemion. Przez swoje teksty Kharboucha prowokowała kaida Aissę Ben Omara – stał się on przedmiotem kpin w Abdzie i okolicach.

W jednej ze swoich pieśni Kharboucha zaznaczyła, że nigdy nie podda się jego tyranii oraz że nie przestanie bronić swojego ludu i swojej ojczyzny. A także jawnie oskarżała kaida o spalenie ziem Oualda Zeida i zabicie jej krewnych. (Był to akt ogromnej odwagi z jej strony, na tego rodzaju głośne wyznania nie decydowali się nawet mężczyźni. A trzeba pamiętać, że kobieta w społeczności muzułmańskiej tamtych czasów miała znacznie mniej praw obywatelskich. Oraz, że bardzo rzadko dawano ówczesnym kobietom przestrzeń do wyrazu artystycznego i wygłaszania na głos swojego zdania. Przyp. Tłum.)

Niepewny los Kharbouchy

Nagła śmierć Kharbouchy pozostaje owiana tajemnicą. Jest wiele różnych historii, opowiadających o tym, co się z nią stało, gdy została pojmana przez Aissę Ben Omara.

Jedna z nich głosi, że Khaboucha i towarzyszący jej mężczyzna (Kochanek. Przyp. Tłum.) zostali schwytani przez wojsko Omara, ale ci zlitowali się nad biednymi muzykami i pozwolili im uciekać dalej, do Rabatu, gdzie mogli błagać o litość sułtana. Jednak oczy kaida dostrzegły ją w drodze po sprawiedliwość. Została porwana a następnie zabita.

Niektóre narracje mówią, że Ben Omar więził ją przez jakiś czas, a następnie kazał spalić żywcem.

Inne historie są jeszcze bardziej drastyczne. Mówią, że duma kaida była tam mocno zraniona przez poezję i śpiew tej kobiety, że przed śmiercią kazał Khabouchy odciąć język.

Kharboucha – pierwsza Sheikhat w Maroku

Sheikhat to grupy kobiet, które zostały bez mężczyzn (w społeczeństwie muzułmańskim jest to jedna z bardziej niepożądanych i niewygodnych dla kobiet sytuacja. Przyp. Tłum). Powody ich samotności są różne – rozwód, wdowieństwo, nieślubne potomstwo lub zaniedbania ze strony rodziny. Społeczeństwo postrzega szejkaty jako wolne kobiety, ale też często ma je w pogardzie. Sheikhat to artystki, które wykonują określony rodzaj tańca i śpiewają swoje wiersze przy takich okazjach, jak ceremonie weselne, Aqeeqah (obchody narodzin dziecka), obrzezanie syna itd. Nie mając u boku żadnego mężczyzny, same troszczą się o siebie i swoje dzieci. Khaboucha jest ich patronką, siostrą, dobrym duchem, pierwszą kobietą, która ośmieliła się wziąć sprawy w swoje ręce mimo tego, że mocno patriarchalne społeczeństwo muzułmańskie nie jest łatwym terenem do walki o emancypację samotnych kobiet.

Kharboucha to postać, która inspirowała pokolenia pisarzy i filmowców.

Jednym z nich jest filmowiec Hamid Zoughi, który zrobił film przedstawiający historię Kharbouchy zatytułowany „Kharboucha”.

Jej historia zainspirowała także dramatopisarza Abderrazaka Badaoui do wystawienia swojej sztuki „Milouda Bent Driss”, („Miloudę, córka Drissa”).

W 2002 roku życiorys Kharbouchy zainspirował Faridę Bourqię do napisania scenariusza do filmu „Jnane El Kerma”, który można przetłumaczyć na Ogród winogron.

W tym samym czasie dramaturg Salem Gouindi napisał także utwór dla regionalnego zespołu teatralnego El Jadida zatytułowany „Kharboucha”.

Tekst jest tłumaczeniem artykułu autorstwa Nihale Azahhaf (Luty 20, 2021) z Marrocan World news:

Tłumaczenia: Dorota Szelezińska

Czarnuszka – cudowna roślina

Czarnuszka siewna (nigella sativa) jest od dawien dawna znana ze swego dobroczynnego działania na zdrowie i urodę. Ze względu na swój korzenny aromat – znalazła także zastosowanie w kuchni – jako przyprawa. Jej druga nazwa to czarny kmin.

Czarnuszka siewna – co to za roślina?

Niepozornie wyglądająca roślina z rodziny jaskrowatych pochodzi z Iraku i Turcji, obecnie też chętnie rośnie w krajach basenu Morza Śródziemnego.Charakteryzuje się pięknymi, niebieskimi kwiatami, które trochę przypominają nasze polne chabry. Skarb jednak kryje się w owocach zawierających w swym wnętrzu czarne trójkątne nasiona, które od wieków są znane ze swego zdrowotnego działania.

Nigella sativa or fennel flower, nutmeg flower, black caraway, Roman coriander, black cumin, black sesame, blackseed, black caraway, Bunium persicum. Isolated.

Sława czarnuszki sięga starożytnego Egiptu. Podobno w grobowcu Tutanchamona znaleziono dwa dzbany nasion tej rośliny. Źródła mówią także o stosowaniu jej przez Kleopatrę. A Kleopatra wiedziała doskonale, co jest najlepsze na urodę…

Olej wspomagający zdrowie i urodę

Z ziarenek czarnuszki siewnej wyciska się olej, który można stosować doustnie oraz zewnętrznie. Skład tego oleju jest tak bogaty, że aż trudno wszystko tutaj wymienić. Przede wszystkim tzw. dobre tłuszcze, głównie nienasycone kwasy tłuszczowe, które stanowią 85 proc. jego składu. Oprócz tego białka i węglowodany, witaminy tj. A, E, F, B1, B3, B6, biotyny, minerały tj. cynk, selen, magnez, wapń, żelazo, sód, potas. I wiele, wiele innych. Starożytni jak i średniowieczni mnisi uważali, że nasiona czarnuszki stanowią remedium na każdą chorobę. Olej z czarnuszki zażywany doustnie jest lekarstwem i może zapobiec wielu chorobom. My jednak w tym artykule – naśladując Kleopatrę – skupimy się na urodzie.

Łupież, łuszczyca, atopowe zapalenie skóry i trądzik

Kosmetyczny olej z czarnuszki przynosi naprawdę zaskakujące efekty. Gdy uda się zdobyć olej dobrej jakości, bez domieszek oraz gdy jest stosowany regularnie może rozwiązać wiele uciążliwych problemów, z którymi niektórzy walczą bezskutecznie latami.

Jednym z tych problemów jest AZS – atopowe zapalenie skóry.Badania kliniczne potwierdzają, że olej z czarnuszki może być tak samo skuteczny, jak niektóre powszechnie stosowane leki na to schorzenie. Wyraźnie zmniejsza świąd i uczucie napięcia skóry. Wystarczy stosować go dwa razy dziennie, wmasowując w skórę, by uzyskać efekt tożsamy z tym, jaki przynoszą maści sterydowe. Z tą różnicą, że olej nie powoduje skutków ubocznych. Podobne sukcesy tego specyfiku są zauważalne w walce z łuszczycą oraz trądzikiem.

Również zaskakujące efekty przynosi czarnuszka w uciążliwej walce z łupieżem. Nigella ma silne działanie przeciwzapalne, antygrzybiczne i antybakteryjne, poza tym aplikowana na skórę u nasady włosów – pomaga w peelingowaiu skalpu – co pomaga dotlenić skórę głowy i w efekcie przyspiesza proces leczenia. Dzięki zawartym w oleju cennym nienasyconym kwasom tłuszczowym dodatkowo nawilża i odżywia skórę.

Doskonale też działa na same włosy – wzmacnia je, zapobiega wypadaniu. Sprawia, że włosy są mniej łamliwe, a także rzadziej i mniej się przetłuszczają. Co ciekawe – daje niemal natychmiastowe efekty! Włosy już po kilku „zabiegach” są błyszczące, gładkie i w dużo lepszej kondycji.

Gdzie kupić kosmetyczny olej z czarnuszki?

Olej z czarnuszki na włosy i ciało można znaleźć w sklepie ze zdrową żywnością i produktami bio. Warto sięgnąć po sprawdzone specyfiki, gdyż te z drogerii przeważnie mają dodatki w postaci parabenów, silikonów i innych źle działających na włosy i skórę elementów. Kosmetyczny olej z czarnuszki to olej tłoczony z nasion czarnuszki na zimno. Trzeba zwrócić uwagę na to, czy w składzie znajduje się 100 proc. oleju z czarnuszki. Taki należy stosować. Tego rodzaju olej dostępny jest w sklepie online ecobotox.

Ecobotox w mediach

Z wielką przyjemnością informujemy, ze ostatnio pojawiły się dwa artykuły w internecie, w których wspomniane są kosmetyki Ecobotox. Jeden na portalu rodzinnym stylzyciafamilie.pl

Tytuł artykułu: TOP 10 kosmetyków i suplementów na wiosnę 2020!

Oto link do artykułu: https://stylzycia.familie.pl/artykul/TOP-10-kosmetykow-i-suplementow-na-wiosne-2020,16126,1.html

A oto treść wzmianki o Ecobotox wraz ze zdjęciem:

Marka Ecobotox to w 100% naturalne, organiczne oleje, glinki, mydła z Maroka. W bogartej gamie kosmetycznej znajdziemy kilka hitów:

Olej arganowy – ma bardzo bogaty skład witaminowy. Doskonale nawilża, uelastycznia i ujędrnia skórę, pomaga też zwalczać cellulitis. Sprawdza się również w przeciwdziałaniu i zwalczaniu rozstępów – dlatego polecany jest dla kobiet w ciąży – jest to kosmetyk bezpieczny zarówno dla przyszłej mamy jak i dla dziecka.
Olej z opuncji to prawdziwy hit w naturalnej pielęgnacji cery pod kątem walki ze zmarszczkami. Niezwykle silne stężenie witaminy E (zwanej witaminą młodości) w połączeniu z kwasem linolowym sprawiają, że ten naturalny olejek pozyskiwany z pestek owoców opuncji figowej wyjątkowo skutecznie nawilża i uelastyczniania skórę. W Maroku nazwano go naturalnym botoxem.
Woda różana Ecobotox pozyskiwana jest z róży damasceńskiej uprawianej w dolinie Dades, zwanej doliną róż, w górach Atlasu wysokiego w Maroku. Przeznaczona do codziennej pielęgnacji twarzy, doskonale myje, nawilża, rozjaśnia skórę na twarzy.
Glinka ghassoul – pochodzi z jedynych na świecie złóż tego minerału położonych na skraju średniego Atlasu, w Maroku oczywiście. Dostarczy skórze niezbędnych minerałów jak krzem i magnez oraz potas, wapń, żelazo, glin, miedź, lit i cynk. Można ją stosować jako maseczkę na twarz oraz do odżywiania włosów.
Czarne mydło – głównym jego składnikiem jest czarna odmiana oliwek. Mydło działa jak peeling enzymatyczny – delikatnie złuszcza martwy naskórek pobudzając skórę do odnowy. Idealne do zmywania makijażu, do mycia ciała swojego i dziecka.
Kosmetyki Ecobotox – to formuły idealne dla całej rodziny. A w dobie częstego mycia rąk z powodu epidemii koronawirusa – czarne mydło to prawdziwe must have, które nie wysusza i nie niszczy warstwy lipidowej skóry.

Oprócz kosmetykow Ecobotox zostały tu takze wymienione tak wspaniałe produkty jak elektryczna szczoteczkami do mycia twarzy Fareo, Natural Ashwagandha Vege caps (ajurwedyjski sposób na ukojenie nerwów) otaz wegańskie kosmetyki IUNO.

O drugim artykule już niebawem:)

Zapraszamy do lektury

W koronawirusa – relaksem!

Każdy z nas trochę inaczej podchodzi do tematu koronawirusa. Jedni martwią się o zdrowie swoje i bliskich. Inni o przyszłość rodziny i pieniądze. Jednak wszyscy jesteśmy zmuszeni do pozostania w domu. Zabunkrowania się. Przeczekania. Nie ma innego wyjścia. Póki co.

Niejeden aktywny człowiek – może zwariować w tych warunkach. Faktycznie – nie jest łatwo! Ale można ten czas drogie Panie i Panowie – wykorzystać na to, żeby zadbać o swoją urodę i przy okazji o psychikę. Bo nic tak humoru nie poprawia jak chwila relaksu – z racji pozamykanych gabinetów masażystów i saun – opcja idealna na dziś to domowe spa. Z Ecobotox oczywiście:)

Nie przeciągając opowiem Wam jak ja to robię. A robię to dobrze – wierzcie mi – co jak co, ale relaksować się to ja umiem. Zatem – pół godziny przed planowaną kąpielą  (najlepiej relaksować się w wannie, ale prysznic też daje radę) nakładam na skórę głowy  (tzw. skalp)  olejek z czarnuszki, a na włosy – olej arganowy. Szczególnie dbam o to, żeby starannie aplikować argan na końcówki włosów, bo im to bardzo dobrze robi. W miarę stosowania tej „maski” stają się mniej poszarpane i zdrowsze, a włosy w wyższych partiach – lepiej odżywione i w związku z tym bardziej błyszczące.  

Natomiast olej z czarnuszki siewnej – to czysta poezja. Lekarstwo, które może być stosowane także na zdrową skórę. Zalety tego specyfiku są niezliczone: czarnuszka eliminuje łupież , przez swoje odżywcze działanie przeciwdziała wypadaniu włosów i łysieniu. Dla osób szczęśliwie nie mających problemów tego typu – po prostu wyraźnie poprawia kondycję skóry na głowie tym samym poprawiając ogólny stan włosów.  

Oleje można trzymać na głowie pół godziny. W dobie koronawirusa, kiedy większość z nas pracuje z domu – nawet dłużej. W międzyczasie można posłuchać nowych doniesień dotyczących obostrzeń związanych z przemieszczaniem w dwuosobowych “grupach”. Można też coś ugotować, pomóc dzieciom w zdalnie zadawanych lekcjach. Można też poćwiczyć jogę lub wykonać kilka telefonów służbowych. Wszystko to z dobroczynnymi specyfikami penetrującymi wgłąb naszych włosów i skóry. W “normalnych” warunkach byłoby to mało możliwe – więc korzystajmy póki można.

Jak już uznamy, że oleje wystarczająco długo odżywiały nasze włosy – pora skierować nasze kroki do łazienki. To jest teraz moment dla nas. I tylko dla nas. Dopiero teraz zaczyna się prawdziwa zabawa. Odcinamy się od całego świata, relaksujemy się! Dla Pań, Panów mających wyrzuty sumienia z powodu takiego “leniuchowania” – pamiętajcie, że Wasz relaks wpłynie pozytywnie na całą rodzinę! Niedokarmiony karmiciel  – źle karmi! Więc czerpcie pełnymi garściami z tej chwili luksusu – teraz wszak macie na to czas. Pójdźcie na całość – możecie poustawiać w łazience świeczki, włączyć ulubioną muzykę. I luuuuuuz…

Zanim wejdziemy do wanny – przygotujmy maseczkę na twarz i dekolt. Zaserwujmy sobie Ecobotox w formie glinki ghassoul, która doskonale wzbogaca skórę w minerały, których brakuje przy przeciętnej, codziennej pielęgnacji. Gdyż oprócz witamin i kwasów nasza skóra potrzebuje także krzemu, magnezu, potasu, wapnia i żelaza. Wszystkie te składniki (i znacznie więcej) znajdziecie w glince pochodzącej z gór Atlasu wysokiego w Afryce Północnej. Podobnie jak olej arganowy – jest to produkt, który tylko i wyłącznie występuje w Maroku.

Ale do meritum sprawy- jak przygotować taką maseczke z glinki? Niewielką ilość proszku (około czubatą łyżeczkę) mieszamy z wodą lub hydrolatem (np. wodą różaną Ecobotox) i kapką oleju – arganowego lub z czarnuszką (które to oleje ciągle mamy na głowie i we włosach). Pamiętajmy o tym, żeby nie rozrabiać glinki w metalowych miseczkach, bo wchodzą w niepożadane reakcje z minerałami, które zawiera glinka. Najlepsze do tego są właśnie gliniane miski. Wszystkie składniki należy zmieszać – tak żeby uzyskać jednolitą papkę. I… odkładamy miseczkę gdzieś obok i wchodzimy do wanny!

Tam czeka nas kąpiel w aromatycznym olejku różanym. Kilka kropel dosłownie wystarczy, żebyśmy poczuły/li sie jak Kleopatra. Skóra po takiej kąpieli jest rozjaśniona, nasze myśli także, bo aromat różany działa uspokajająco – a to dość ważne w dzisiejszych czasach. A dodatkowo – olej ten jest naturalnym afrodyzjakiem;) Poza tym – olejek różany Ecobotox doskonale przygotowuje skórę na wchłonięcie kolejnych kosmetyków. A zapach naturalnego olejku z doliny Draa w Maroku jest po prostu bardzo, bardzo przyjemny.

Zatem leżymy w tej kąpieli z róż, z głośników sączy się muzyka, świeczki rozstawione dookoła przypominają nam o tych ekscytujących chwilach z dzieciństwa, kiedy wyłączano prąd (kto pamięta, ten pamięta) – przenosimy się zatem we wspomnieniach do dzieciństwa albo w jakieś bardzo przyjemne miejsce. Dajemy ciału i duszy odpocząć. Celebrujemy tę chwilę przez jakiś czas, dla każdego ten czas będzie inny. Im dłużej tym lepiej.

Następnie pora zająć się twarzą i włosami. Zanim nałożymy maseczkę z glinki – warto dobrze oczyścić skórę. Do wstępnego przemycia twarzy wacikiem polecam wodę różaną Ecobotox oraz coś spoza oferty sklepu: szczoteczkę do czyszczenia twarzy Foreo. Polecam ją, gdyż sama używam i jestem nią zachwycona. Oprócz czyszczenia także masuje skórę, co jak wiadomo wspaniale wpływa na cerę i mięśnie twarzy. Do masowania i czyszczenia twarzy szczoteczką polecam czarne mydło Ecobotox – doskonale przygotuje nam skórę przed nałożeniem maseczki z glinki.

Glinke ghassoul nakładami na twarz i szyję, z pominięciem okolic oczu. I czekamy. Gdy maseczka zacznie zasychać tworząc skorupowatą pokrywę – należy ją delikatnie acz skutecznie zwilżyć od zewnątrz – używając do tego wody albo hydrolatu. Czekamy aż ponownie zaschnie i… powtarzamy tę czynność do trzech razy.

W międzyczasie nakładamy na ciało – tam gdzie się da – czarne mydło Ecobotox. I rękawicą kessa masujemy. Po kolei – ramiona, piersi, stopy, łydki. Można też wstać na chwilę i wykonać antycellulitowy masaż ud i pośladków oraz brzucha. Próbujemy wykonać samodzielnie to, co odbywa się w marokańskich hammamach (tu polecam pierwszy tekst z tego bloga: hammam – siła letniego gorąca)

Przed ostatecznym spłukaniem glinki z twarzy – myjemy włosy. Dokładnie, bo olej mamy nie tylko we włosach, ale także na skalpie. Masujemy starannie głowę, żaden fragment ciała nie powinien zostać pominięty w czasie tej naszej cudownej kąpieli. Każdy paluszek, łokieć, pięta – zadbane i wymasowane! Spłukujemy dokładnie z ciała i włosów wszystkie specyfiki. I wyskakujemy z wanny. Najwyższy czas, bo do drzwi łazienki już ktoś się dobija – mąż, dziecko, pies. W rozgrzane, wytarte ręcznikiem ciało wmasowujemy olej arganowy. Na twarz nakładamy olej z opuncji. I już.

Wracamy do świata.

Aromat różanego olejku ciągnie się za nami ponętnie.

Magazyn Dziecko Wiosna 2020, Wydanie Specjalne (Wydawnictwo Agora SA).

Bądź piękna w ciąży.

Mamy ogromną przyjemność pochwalić się tym, że wydaniu specjalnym magazynu Dziecko (Wydawnictwo Agora SA) Wiosna 2020 – pojawiła się wzmianka o kosmetykach Ecobotox. Oleje arganowy i z opuncji – „utrzymują skórę w znakomitej kondycji”, „zapobiegają rozstępom, nawilżają”.

Są to kosmetyki szczególnie polecane kobietom w ciąży, których ciało się zmienia dość intensywnie w przeciągu krótkiego czasu. Dlatego dbające o siebie przyszłe mamy powinny z wyjątkową miłością i starannością dbać o skórę swoją i dziecka (które niebawem ma się urodzić) – i właśnie kosmetyki Ecobotox są dla przyszłych mam doskonałą inwestycją w urodę i zdrowie. Szczególnie polecany w trakcie ciąży jest olej arganowy – na rosnący brzuch, biust, uda, ręce. Nawilży, odżywi, uelastyczni i – co może najbardziej kuszące – pomoże zwalczyć rozstępy. Ponadto nie tylko jest bezpieczny dla mieszkającego w brzuchu malucha, co dodatkowo przez wysoką zawartość witamin oraz kwasów omega 6 i 9 – wpłynie na poprawę lub stabilizację zdrowia dziecka. Ponadto oleje Ecobotox polecane są także dla skóry dzieci alergicznych lub z wrażliwością na kosmetyki i zawartą w nich chemię (jeszcze raz zaznaczę, że kosmetyki Ecobotox są w 100% naturalne, organiczne, wegańskie, nie testowane na zwierzętach, nie posiadają żadnych dodatków chemicznych).

Olejek z opuncji figowej – też w 100% naturalny – jest doskonałym pogromcą zmarszczek. Woda różana doskonale myje, nawilża rozjaśnia skórę na twarzy. Można ją także stosować do odżywiania włosów. Czarne mydło Ecobotox – do zmywania makijażu, do mycia ciała swojego i dziecka. Oraz dla tatusia J Kosmetyk idealny dla całej rodziny. Glinka ghassoul – dostarczy skórze niezbędnych minerałów.

Kosmetyki Ecobotox koniecznie wypróbujcie na własnej skórze – ecobotox.com

A po magazyn dziecko wybierzcie się do najbliższego kiosku lub galerii handlowej już niebawem. Oto zdjęcia z wydania przed dystrybucją:

Wieczna Casablanca

Osadzony w estetyce noir film „Casablanca” od lat pojawia się na listach najlepszych filmów wszech czasów, więc chyba wszyscy słyszeliśmy o nim. Jednak nie każdy go widział. Założę się, że wśród czytających tę recenzję znajdą się tacy, którzy do oglądania podeszli z entuzjazmem, ale po 15 minutach zrezygnowali… Dlaczego?

„Casablanca” jest filmem z innej epoki. Powstała w 1942 roku, jest więc dla dzisiejszego widza filmem (z pozoru) powolnym. Przegadanym. Pompatycznym. Ale tylko z pozoru – ja sama zostałam niejako zmuszona, żeby obejrzeć „Casablankę” dziesiątki razy – pracuję jako pilot turystyczny w Maroku – a przed odwiedzeniem miasta ten film aż się prosi o projekcję. Zatem chcąc nie chcąc, oglądałam wraz z moimi turystami „Casablankę” w drodze do Casablanki. Wiele, wiele razy. Początkowo drażniły mnie patriotycznie nadmuchane sceny, aktorskie, niejako sztuczne gesty głównej bohaterki Ilsy (zagranej przez Ingrid Bergman), a także kaczy głos Ricka (Humphrey’a Bogarta). Ale po którymś razie – dosłownie zakochałam się w tym filmie. Jest w nim magia, szaleństwo, dowcip i… mnóstwo godności.

Miasto Casablanca jest tłem akcji filmu. Portowe miasto Maroka, wybudowane w latach trzydziestych przez Francuzów, było w czasie wojny schronieniem dla uciekinierów z Europy lub USA uwikłanych w konflikty wojenne (Rick), bogaczy uciekających przed wojną, opozycjonistów (Victor Laszlo), uchodźców, większych lub mniejszych złodziei lub/i biznesmenów. Niestety żadna ze scen nie była kręcona w tym pięknym kolonialnym mieście, film prawie w całości powstał w studiach filmowych Hollywood. Ale nie miasto jest tu najważniejsze, ani nie konflikty wojenne (Casblanca przynależała w tamtym okresie do terytorium państwa Vichy), a dramat trójki ludzi uwikłanych w relację i konflikt, zdawałoby się, nie do rozwiązania. ​Amerykanin Rick Blaine jest właścicielem popularnego klubu Rick’s Café, w którym można dobrze się zabawić, posłuchać muzyki na żywo, a także oddać zakazanemu hazardowi. Niewiele wiadomo o Ricku, a on sam sprawia wrażenie cynicznego mężczyzny, który dba jedynie o własne interesy. Ze strzępków opowieści wyłania się jednak postać twardego faceta z przeszłością. Przeszłością, która wraca do niego wraz z przybyłą do miasta Ilsą Lund, żoną poszukiwanego przez nazistowskie Niemcy Victora Laszlo. Laszlo to pochodzący z Czechosłowacji przywódca ruchu oporu, który skutecznie wymyka się nazistom. Aby móc kontynuować swoją podziemną walkę, także i Victor szuka bezpiecznej drogi do Stanów Zjednoczonych, a posiadane przez Ricka listy tranzytowe są dla niego i żony jedynym sposobem, aby tam się dostać. Laszlo nie wie, że Ilsa i Rick w przeszłości byli kochankami, a spotkanie po latach budzi w nich stare namiętności.​I mamy wspaniały trójkąt, wielki dylemat, stawką w tym konflikcie jest życie – bez pomocy Ricka w zdobyciu listów tranzytowych Laszlo po prostu zostanie prędzej czy później zamordowany przez gestapo. Mamy namiętność – i Rick, i Victor bardzo kochają Ilsę. Mamy też Ilsę – kobietę postawioną przed bardzo trudnym wyborem – ratowanie męża czy intensywnie odradzająca się namiętność do dawnego kochanka.

Nie chcę całkowicie zdradzać przebiegu akcji – obejrzyjcie sami. Jedna z licznych legend dotyczących tego filmu mówi, że sami aktorzy do ostatnich scen nie wiedzieli, jak potoczą się losy bohaterów (scenariusz był wielokrotnie zmieniany). Jaką decyzję podejmie zakochany na zabój mężczyzna? Kim on jest? Kim ona jest? Kim jest Laszlo? Może dlatego ten „wiekowy” już film tak mocno trzyma w napięciu przez ostatnich kilkanaście minut. Są sceny, przy których zawsze się wzruszam. Są takie, których nie rozumiem… Bo… Ilsa. Jej postać jest najbardziej tajemnicza z całej trójki bohaterów. Czy naprawdę kochała Ricka? Przecież celowała do niego z pistoletu. Czy zakochana kobieta tak robi? Czy kochała Laszlo? Przecież chciała uciec z Rickiem? I jeszcze jedno pytanie mnie męczy – czy ostateczna decyzja Ricka to dowód miłości i heroizmu? Czy chęć ratowania godności? Tak czy tak – Rick jest jedną z moich ulubionych postaci filmowych ever. ​Obok świetnych bohaterów z pierwszego planu pojawiają się dwie niezapomniane postaci drugoplanowe – Sam (Dooley Wilson), ciemnoskóry muzyk i przyjaciel Ricka, który w filmie wielokrotnie miał za zadanie podgrzewanie romantycznej atmosfery, śpiewając kochankom kultową już dziś piosenkę „As Time Goes By”. Oraz rewelacyjny kapitan Louis Renault (Claude Rains), który jest autorem najzabawniejszych tekstów w filmie. I w ostatniej scenie wspaniale znika w oparach mgły, wypowiadając legendarne „Luis, tak sobie myślę, że to początek wspaniałej przyjaźni”.

Jak już wspomniałam, jest wiele legend dotyczących realizacji filmu. Scenariusz „Casablanki” powstał na podstawie cieszącej się niewielką popularnością sztuki Murraya Burnetta i Joan Alison „Everybody Comes to Rick’s”, która nigdy nie doczekała się premiery na Broadwayu. Zatem mało obiecujący –  z pozoru – tekst uratowała mistrzowska gra aktorska głównych bohaterów oraz reżyseria Michaela Curtiza. Jednak największą wartością filmu są, moim zdaniem, dialogi. Dlatego teatralną przeszłość tego dzieła plus mistrzowskie zakończenie uważam za największy atut filmu. Jednak twórcy początkowo nie spodziewali się wielkiego sukcesu. Film był bardzo niskobudżetowy – na realizację obrazu przeznaczono zaledwie 950 tys. dolarów, co zmusiło ekipę do drakońskich oszczędności. Rick’s Café – knajpa Ricka – to jedna sala i schody filmowane w różnych ujęciach i ze zmieniającą się stale scenografią. Samolot pojawiający się w ostatniej scenie był zrobiony z kartonu. A obsługa kręcąca się wokół pojazdu to byli statyści-karły. Ich wzrost musiał po prostu pasować do samolotu-zabawki. W ostatniej scenie “samolotowej” pojawia się intensywna mgła – jej celem było przykrycie niedoskonałości scenografii, a  przy okazji doskonale zgrała się z wydarzeniami końca filmu. Niski budżet nie przeszkodził „Casablance” w zdobyciu pięciu nominacji do Oscara oraz trzech statuetek, włączając w to „Najlepszy Film” 1943 roku.​No i jeszcze jedna plotka z planu: Ingrid Bergman była znacznie wyższa od Humphreya Bogarta. Dlatego najczęściej gdy ci dwoje pojawiają się razem (a jest tych scen sporo w filmie), któreś z nich… po prostu siedzi.

Na koniec jeszcze kilka słów o mieście Casablanca – w kontekście filmu. Niewiele niestety jest w Casablance miejsc upamiętniających to dzieło, które bądź co bądź zrobiło mu niesamowitą reklamę na całym świecie. Do dziś przybywają tam tysiące turystów w poszukiwaniu atmosfery z filmu. No cóż… w niewielu miejscach ją znajdą, bo Casablanca – tak za Francuzów jak i obecnie – to ogromne, głośne miasto, a nie prowincjonalna mieścina, którą pokazano w filmie. Najbardziej zdeterminowanym filmowym podróżnikom zdecydowanie doradzam spacer kolonialną częścią miasta, z placem Mohammeda 5 (nazwa oczywiście zmieniona po odzyskaniu niepodległości przez Maroko w 1956 r.). Radziłabym też zobaczyć, przynajmniej z zewnątrz, Hotel Excelsior (znajdujący się na Placu Narodów Zjednoczonych). W takim miejscu jak to mogłaby się toczyć akcja filmu, gdyby tylko wydarzenia przedstawione w filmie były realne. No i oczywiście należy odwiedzić Rick’s Café  – knajpę obok portu, założoną przez Amerykankę i do dziś wspaniale oddającą atmosferę filmowej kawiarni Ricka. Obecnie jest to najpopularniejsze miejsce w Maroku, w którym zaręczają się Francuzi, Polacy, Niemcy, Amerykanie.​Jak już wcześniej wspominałam – widziałam ten film dziesiątki razy i… nadal go z chęcią oglądam, gdy tylko mam okazję. A mam ją wielokrotnie. Żadnego z seansów jeszcze nie przespałam. To jest moja perwersyjna przyjemność, powtarzane w głowie dialogi, muzyka, niezrozumiałe dla mnie samej wzruszenie. Ten film jest jak stary znajomy. No a postać Ricka… hmmm… Gdzie są tacy mężczyźni? No gdzie?

DOROTA SZELEZIŃSKA

Tekst został opublikowany w „Mojej Przestrzeni Kultury” (MPK) nr 5, marzec- maj 2020.


Fot. Kadry z filmu „Casablanca”.

Ecobotox sponsorem nagród w Ambasadzie Włoskiej

11 grudnia Ecobotox był na imprezie. I to nie byle jakiej imprezie!
Mieliśmy zaszczyt zostać sponsorem dwu głównych nagród przyznawanych w konkursie kulinarnym organizowanym przez Ambasadę Włoską, a raczej Ambasciata d’Italia.
Najlepsi włoscy kucharze i ich uczniowie przygotowywali w trakcie trwania po włosku głośnego i ożywionego party – przepyszne ravioli, tortellini, cannelloni.

Najlepsi młodzi kucharze zgarnęli nagrody. Od firmy ecobotox były to – olejek z opuncji figowej oraz kulinarny olej arganowy.
Było pysznie, głośno i wesoło. Za oprawę muzyczna odpowiadał Soltan art band, wino polewali przesympatyczni młodzieńcy z polskiej winiarni Drużno.
Wino się lało.

Skąd ta dziwna nazwa? Ecobotox…

Kosmetyki ecobotox pochodzą z pięknego, gorącego Maroka.

Afrykańskie słońce. Czerwona ziemia. Góry, rzeki, lasy. Pustynia. Melancholijne dźwięki wydobywające się z gardeł muezzinów nawołujących do modlitwy. Mauretańska architektura. Ekologiczne rolnictwo. Europejskie standardy dróg, portów i lotnisk. Muzułmańskie obyczaje. Powolne życie, zgodne z rytmem przyrody. Berberowie, Arabowie. Tuaregowie. Wielbłądy. Kozy. Koty. Spokojni ludzie. Zdrowe, swojskie jedzenie. Naturalne kosmetyki.

Oto Maroko.

Ale Maroko to też duże miasta. Casablanca, Marakesz, Rabat. Tysiące turystów, wszędobylscy Francuzi. Rozwój gospodarczy, pogoń za zachodem. Nowoczesne gabinety kosmetyczne. Zatem niektóre berberyjskie kobiety wiedzą doskonale co to botox. Niejedna z nich korzystała z dobrodziejstw chirurgii estetycznej. Niejedna z marokańskich kobiet powiększyła sobie usta lub biust dla swojego Ahmeda lub Abdula.

I to właśnie te nowoczesne marokańskie kobiety, znające tak lokalne, jak i „zachodnie” kosmetyki – dały nazwę „naturalny botox” olejowi z opuncji figowej. Znanemu doskonale ich mamom i babciom, najskuteczniejszemu w walce ze zmarszczkami naturalnemu kosmetykowi. Równie skutecznemu dawniej jak dziś. Lokalnie nazywanemu – olej z figi berberyjskiej, gdyż owoc opuncji przypomina nieco figę.

I od tego właśnie cudownego pochodzi nazwa firmy. Ecobotox. Alernatywne nazwy – naturalne turbo nawilżanie. Ekologiczny sposób na prasowanie zmarszczek. Eko – odmładzanie!

Olejek z opuncji figowej to w stu procentach naturalny olej z pestek owoców tejże rośliny. Wytłoczenie każdego litra wymaga zebrania niemal pół tony (a tym samym milionów sztuk) nasionek opuncji kaktusowej! Nasionka mozolnie wydobywa się z owoców a następnie tłoczy metodą „na zimno” aby uzyskać „cudowny eliksir”. Jest to najdroższy, ale też najbogatszy w cenne składniki olej świata. Zawiera zaskakująco dużą ilość naturalnej witaminy E, zwanej „witaminą młodości”, która z racji tego, że jest rozpuszczalna w tłuszczach, wnika do głębszych warstw skóry i wzmacnia jej system odpornościowy. Witamina E dzięki swym silnym właściwościom antyoksydacyjnym skutecznie dezaktywuje wolne rodniki powodujące starzenie się komórek, zwalcza negatywne skutki działania promieni słonecznych oraz innych czynników zewnętrznych.

Olej ecobotox jest także bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe – głównie kwas linolowy omega-6 (ok. 60%), który wspomaga regenerację bariery lipidowej skóry, zapewniając jej prawidłowy poziom nawilżenia i odżywiając ją. Zawiera też kwas oleinowy omega-9. Nienasycone kwasy omega 6 i 9 są niezbędnym składnikiem dobrze odżywionej skóry. Muszą być dostarczane organizmowi wraz z pożywieniem i kosmetykami, ponieważ nie są samoczynnie wytwarzane przez organizm. Mają zdolność łagodzenia podrażnień i stanów zapalnych oraz przyspieszania gojenia ran, odbudowują komórki, dzięki czemu wygładzają i ujędrniają skórę

W oleju występuje także witamina K1– naturalny czynnik krzepnięcia, która poprawia koloryt zaczerwienionej skóry z problemami pękających naczynek krwionośnych, oraz β-karoten – prowitamina A, o silnych właściwościach antyoksydacyjnych.

Olej z opuncji ecobotox najlepiej stosować codziennie, najlepiej na noc, delikatnie wmasowując go cerę opuszkami palców. Można też stosować go na dzień łącząc z ulubionym kremem. Olejek ten doskonale sprawdza się przy regeneracji po mniej lub bardziej inwazyjnych zabiegach kosmetycznych, tj. kwasy, lifting, retinol, intensywny peeling itd. Nie wierzysz? Sama spróbuj. https://ecobotox.com/product/olejek-z-opuncji-figowej/

Podsumowując – olejek z opuncji figowej to prawdziwy skarb natury. Istna bomba witaminowa dla naszej skóry. Cudowny eliksir.

Istny – ECOBOTOX.

حمّام – HAMMAM – siła letniego gorąca

Hammam to łaźnia parowa, która dotarła do świata arabskiego dzięki Rzymianom. W dużej części krajów świata arabsko-muzułmańskiego ten antyczny zwyczaj korzystania z publicznych łazienek twa do dziś. W każdym z nich w trochę odmiennej formie, jednak też w coraz większej symbiozie ze współczesnością.

Najbardziej popularny u nas jest hammam turecki, może dlatego, że do Turcji nam najbliżej i kulturowo i geograficznie. Hammam turecki to delikatne mizianie pod pierzyną gęstej piany. Ten bardzo przyjemny zabieg spa jest zaskakująco niepodobny do hammamu marokańskiego, który przypomina raczej mocne obdzieranie ze skóry, po którym jesteśmy zadziwiająco zrelaksowani i wypoczęci. Właśnie marokański rytuał hammamu zostanie tu bliżej opisany. Ale póki co – foto

Na zdjęciu widzimy arabskie kafle ceramiczne – często zdobiącą lokalne hamammy. Nie będzie w tym artykule zdjęcia samej łaźni z kilku powodów. Po pierwsze – jest to miejsce intymne, gdzie przebywa się prawie nago. Prawie, bo bardzo niegrzecznym jest w świecie arabsko muzułmańskim panoszenie się bez majtek. Warto o tym wiedzieć, jak chcecie odwiedzić łaźnię w którymś z krajów tego kręgu kulturowego.  Druga przyczyna dla której nie ma zdjęcia samej łaźni jest bardzo prozaiczna – panuje tam gorąca atmosfera, 30,40, 50 stopni celsjusza. I jest bardzo wilgotno. Wszelkie obiektywy w aparatach zostają natychmiastowo zaparowane. Mnóstwo zdjęć z hammamu można znaleźć w sieci, ale wierzcie mi- najczęściej są bardzo mało autentyczne. Hammam jest to jedno z nielicznych miejsc, których raczej nie da się dobrze sfotografować. To po prostu trzeba przeżyć.

Moje pierwsze zetknięcie z Marokiem było dość ekstatyczne, mocno przysłużyła się temu niewiedza na temat kraju, który postanowiłam odwiedzić tylko i wyłącznie z powodu tanich biletów lotniczych.  Istne „carte blanche” , które w spontaniczny i bardzo jaskrawy sposób zaczęło zapełniać się odczuciami, kolorami, zapachami i ludźmi. Było to 8 lat temu, od tej pory stałam się niejako uzależniona od regularnego bycia tam i oczywiście też od odwiedzania marokańskiego hammamu.

Essaouira

Zatem jak wygląda ten rytuał, który doskonale dba o skórę, odpręża i dystansuje do świata zewnętrznego?

Po kolei. Wchodzimy najpierw do pomieszczenia, gdzie pozbywamy się toreb i wierzchnich nakryć. Dobrze jest też w szafce przed wejściem do łaźni zostawić telefon, żeby nam nie przeszkadzał w relaksie. W kolejnym pomieszczeniu, już trochę cieplejszym, rozbieramy się do majtek. W niektórych, bardziej eleganckich hammamach dają nam jednorazowe majty z fizeliny, dzięki którym wyglądamy jak gladiator. Zatem ja zazwyczaj wybieram opcję – własne majtki, ale każdy robi jak mu dusza podpowiada. Następnie jesteśmy prowadzeni do sali, gdzie jest spora wilgoć, temperatura około 30-40 stopni Celsjusza. Widzimy tam mnóstwo zlewów z których płynie gorąca woda gromadzona w dużych baniakach. Mniejszymi wiaderkami woda, ciepła lub chłodniejsza, jest zaczerpywana w celu dokonania rytuału. Tam możemy spotkać więcej dam w podobnie wytwornym stroju jak nasz. Jeżeli jest to hammam tradycyjny – będzie w nim bardzo głośno, gdyż Marokanki wpadają tam najczęściej parami, czasami większymi grupami, żeby poplotkować. Jedna drugiej robi gommage – czyli peeling szorstką rękawicą kessa. Oczywiście obowiązuje absolutna rozdzielczość płci – panie i panowie w tej kulturze nie przebywają obok siebie nawet na weselach, a co dopiero w miejscach takiego obnażenia ciała i duszy  jak hammam. Zatem jeżeli jesteś kobietą na pewno trafisz do łaźni żeńskiej, a Twój partner możliwe że w sali obok będzie mógł korzystać z uroków hammamu męskiego. W bardziej ekskluzywnych hammamach macie przestrzeń całą dla siebie, ale… no cóż… to już nie jest to samo.

Wracając do zabiegu – największą zaletą hammamu jest fakt, że można (o ile nie masz przy sobie siostry lub mamy, która się na tym zna) skorzystać z pomocy łaziebnej. Jest to kobieta, która spędza pół życia w tym zaparowanym miejscu, w temperaturze od 30 do 50 stopni Celsjusza. Najczęściej łaziebnymi są proste, mówiące po berberyjsku kobiety, które są zmuszone pracować, żeby pomóc mężowi utrzymać liczną zapewne rodzinę. Średnio mają po troje, czworo dzieci i możliwe że też niemałe stadko wnuków, więc nieraz już w swoim życiu myły i tuliły dziecięce ciałka. I właśnie to jest ich największy atut. Wykonują swoją pracę z rozbrajającą, maminą, albo babciną starannością i … bezpretensjonalnością.  Używając gestów i uśmiechu sugerują nam, co mamy robić. A więc najpierw mamy położyć się na kamiennym stole, wszystkie przybory łaziebna powinna mieć ze sobą, więc naszym zadaniem jest jedynie wykonywanie jej poleceń. Zatem jak już leżymy na ciepłym kamiennym łożu najpierw wciera nam w ciało czarne mydło. Savon noir. Mydło z czarnej oliwki. https://ecobotox.com/product/czarne-mydlo/Ono jest wsmarowane w nasze ciało niczym balsam, pani nas obsługująca może w pewnym momencie poprosić, żebyśmy podniosły rękę do góry, potem ją opuściły. To samo z kolejną ręką, potem mamy się obrócić i położyć na brzuchu, żeby troskliwa dłoń łaziebnej mogła się dostać we wszystkie zakamarki, które później będą czyszczone. Bo czarne mydło jeszcze nas nie myje, ono ma za zadanie przygotować naszą skórę do peelingu. Rozmiękcza naskórek, który za kilka minut z łatwością poda się gommage’owi.  Pozostajemy kila minut z tym cudownym kosmetykiem na ciele, a łaziebna ma chwilę czasu, żeby wyjść do chłodniejszego pomieszczenia i pooddychać rzadszym powietrzem, albo poplotkować z koleżanką. Im dłużej czarne mydło jest na naszej skórze, tym bardziej efektywny będzie peeling.

Po chwili łaziebna wraca i zaczyna się gommage. To jest klucz programu. Najpierw czarne mydło jest zmywane z naszego ciała letnią wodą, a potem…łaziebna nakłada na swoją dłoń mega szorstką rękawicę, która nosi nazwę kessa i zaczyna pocierać nią nasze ciało. https://ecobotox.com/product/rekawica-kessa/

Pierwsze odczucia nie są przyjemne, mamy dosłownie wrażenie bycia obdzieranymi ze skóry. I faktycznie tak jest, dzięki cudownym właściwościom czarnego mydła bardzo szybko widzimy pod rękawicą wałki martwego naskórka, które dzięki pracy łaziebnej zostały zrolowane z naszego ciała. Oczywiście bez przerywania łączności skóry. Po raz kolejny jesteśmy proszeni o to, żeby się położyć, już teraz wiemy miej więcej co nas czeka, zaczynamy się relaksować.. Łaziebna na tym etapie robi co może, żebyśmy byli zadowoleni, nagrodą za jej pracę są wałeczki skóry, które znajduje na spodzie rękawicy. Uwija się wokół naszego ciała jak wokół największego skarbu (którym z resztą jesteśmy: ), każdy fragment skóry chce dosięgnąć swoją troskliwością. Relaksujemy się. Bo gommage, mimo pewnego rodzaju brutalności, jest niezwykle przyjemnym zabiegiem… Jest to też niezwykle zdrowy masaż pobudzający krążenie, działający przeciwcellulitowo oraz głęboko odprężająco.

Jak już każdy fragment naszego ciała został dotknięty i wymasowany, łaziebna każe nam wstać żeby nas opłukać. Najczęściej po prostu wylewa na nas wiadro ciepłej wody, mocząc też przy okazji włosy, które za jakiś czas zostaną dokładnie wymyte. Ale jeszcze nie teraz, bo po płukaniu ciała z martwej skóry mamy znowu się położyć. Tym razem wcierana jest w nasze ciało glinka ghassoul, skarb marokańskiej ziemi. Przebogata w minerały skała spod Fezu https://ecobotox.com/product/glinka-ghassoul/

Po jakiejś chwili potrzebnej na to, żeby bogactwo mikroelementów i minerałów wchłonęło w nasze ciało, jesteśmy znowu na migi poproszeni, żeby wstać. Tym razem czas na mycie. Kobieta, w której ręce się oddaliśmy – bierze miękką tym razem gąbkę i obmywa nas dokładnie, produkując przy tym mnóstwo piany i suto polewając wodą. Ten fragment zabiegu przypomina trochę to, czego możemy doświadczyć w hammamie tureckim, tyle, że tam na leżąco, a tu na stojąco. Łaziebna myje nam także włosy, potem osusza nas ręcznikiem,  zawija troskliwie w szlafrok. Na głowie robi turban. I prowadzi do kolejnej sali, gdzie, aby dopełnić rytuału – możemy skorzystać z masażu olejem arganowym.

Po dwu godzinach spędzonych w hammamie mamy skórę jak niemowlak. Jesteśmy też niezwykle zrelaksowani i …śpiący. Dlatego dobrze jest po hammamie od razu wskoczyć w pierzyny.

Bsaha – jak mówią muzułmanie.

Niech rytuał hammamu siłą letniego gorąca (od tej frazy pochodzi to słowo w języku arabskim) dotyka wszystkich naszych zmysłów i zakamarków duszy.

slajd