Wieczna Casablanca

Osadzony w estetyce noir film „Casablanca” od lat pojawia się na listach najlepszych filmów wszech czasów, więc chyba wszyscy słyszeliśmy o nim. Jednak nie każdy go widział. Założę się, że wśród czytających tę recenzję znajdą się tacy, którzy do oglądania podeszli z entuzjazmem, ale po 15 minutach zrezygnowali… Dlaczego?

„Casablanca” jest filmem z innej epoki. Powstała w 1942 roku, jest więc dla dzisiejszego widza filmem (z pozoru) powolnym. Przegadanym. Pompatycznym. Ale tylko z pozoru – ja sama zostałam niejako zmuszona, żeby obejrzeć „Casablankę” dziesiątki razy – pracuję jako pilot turystyczny w Maroku – a przed odwiedzeniem miasta ten film aż się prosi o projekcję. Zatem chcąc nie chcąc, oglądałam wraz z moimi turystami „Casablankę” w drodze do Casablanki. Wiele, wiele razy. Początkowo drażniły mnie patriotycznie nadmuchane sceny, aktorskie, niejako sztuczne gesty głównej bohaterki Ilsy (zagranej przez Ingrid Bergman), a także kaczy głos Ricka (Humphrey’a Bogarta). Ale po którymś razie – dosłownie zakochałam się w tym filmie. Jest w nim magia, szaleństwo, dowcip i… mnóstwo godności.

Miasto Casablanca jest tłem akcji filmu. Portowe miasto Maroka, wybudowane w latach trzydziestych przez Francuzów, było w czasie wojny schronieniem dla uciekinierów z Europy lub USA uwikłanych w konflikty wojenne (Rick), bogaczy uciekających przed wojną, opozycjonistów (Victor Laszlo), uchodźców, większych lub mniejszych złodziei lub/i biznesmenów. Niestety żadna ze scen nie była kręcona w tym pięknym kolonialnym mieście, film prawie w całości powstał w studiach filmowych Hollywood. Ale nie miasto jest tu najważniejsze, ani nie konflikty wojenne (Casblanca przynależała w tamtym okresie do terytorium państwa Vichy), a dramat trójki ludzi uwikłanych w relację i konflikt, zdawałoby się, nie do rozwiązania. ​Amerykanin Rick Blaine jest właścicielem popularnego klubu Rick’s Café, w którym można dobrze się zabawić, posłuchać muzyki na żywo, a także oddać zakazanemu hazardowi. Niewiele wiadomo o Ricku, a on sam sprawia wrażenie cynicznego mężczyzny, który dba jedynie o własne interesy. Ze strzępków opowieści wyłania się jednak postać twardego faceta z przeszłością. Przeszłością, która wraca do niego wraz z przybyłą do miasta Ilsą Lund, żoną poszukiwanego przez nazistowskie Niemcy Victora Laszlo. Laszlo to pochodzący z Czechosłowacji przywódca ruchu oporu, który skutecznie wymyka się nazistom. Aby móc kontynuować swoją podziemną walkę, także i Victor szuka bezpiecznej drogi do Stanów Zjednoczonych, a posiadane przez Ricka listy tranzytowe są dla niego i żony jedynym sposobem, aby tam się dostać. Laszlo nie wie, że Ilsa i Rick w przeszłości byli kochankami, a spotkanie po latach budzi w nich stare namiętności.​I mamy wspaniały trójkąt, wielki dylemat, stawką w tym konflikcie jest życie – bez pomocy Ricka w zdobyciu listów tranzytowych Laszlo po prostu zostanie prędzej czy później zamordowany przez gestapo. Mamy namiętność – i Rick, i Victor bardzo kochają Ilsę. Mamy też Ilsę – kobietę postawioną przed bardzo trudnym wyborem – ratowanie męża czy intensywnie odradzająca się namiętność do dawnego kochanka.

Nie chcę całkowicie zdradzać przebiegu akcji – obejrzyjcie sami. Jedna z licznych legend dotyczących tego filmu mówi, że sami aktorzy do ostatnich scen nie wiedzieli, jak potoczą się losy bohaterów (scenariusz był wielokrotnie zmieniany). Jaką decyzję podejmie zakochany na zabój mężczyzna? Kim on jest? Kim ona jest? Kim jest Laszlo? Może dlatego ten „wiekowy” już film tak mocno trzyma w napięciu przez ostatnich kilkanaście minut. Są sceny, przy których zawsze się wzruszam. Są takie, których nie rozumiem… Bo… Ilsa. Jej postać jest najbardziej tajemnicza z całej trójki bohaterów. Czy naprawdę kochała Ricka? Przecież celowała do niego z pistoletu. Czy zakochana kobieta tak robi? Czy kochała Laszlo? Przecież chciała uciec z Rickiem? I jeszcze jedno pytanie mnie męczy – czy ostateczna decyzja Ricka to dowód miłości i heroizmu? Czy chęć ratowania godności? Tak czy tak – Rick jest jedną z moich ulubionych postaci filmowych ever. ​Obok świetnych bohaterów z pierwszego planu pojawiają się dwie niezapomniane postaci drugoplanowe – Sam (Dooley Wilson), ciemnoskóry muzyk i przyjaciel Ricka, który w filmie wielokrotnie miał za zadanie podgrzewanie romantycznej atmosfery, śpiewając kochankom kultową już dziś piosenkę „As Time Goes By”. Oraz rewelacyjny kapitan Louis Renault (Claude Rains), który jest autorem najzabawniejszych tekstów w filmie. I w ostatniej scenie wspaniale znika w oparach mgły, wypowiadając legendarne „Luis, tak sobie myślę, że to początek wspaniałej przyjaźni”.

Jak już wspomniałam, jest wiele legend dotyczących realizacji filmu. Scenariusz „Casablanki” powstał na podstawie cieszącej się niewielką popularnością sztuki Murraya Burnetta i Joan Alison „Everybody Comes to Rick’s”, która nigdy nie doczekała się premiery na Broadwayu. Zatem mało obiecujący –  z pozoru – tekst uratowała mistrzowska gra aktorska głównych bohaterów oraz reżyseria Michaela Curtiza. Jednak największą wartością filmu są, moim zdaniem, dialogi. Dlatego teatralną przeszłość tego dzieła plus mistrzowskie zakończenie uważam za największy atut filmu. Jednak twórcy początkowo nie spodziewali się wielkiego sukcesu. Film był bardzo niskobudżetowy – na realizację obrazu przeznaczono zaledwie 950 tys. dolarów, co zmusiło ekipę do drakońskich oszczędności. Rick’s Café – knajpa Ricka – to jedna sala i schody filmowane w różnych ujęciach i ze zmieniającą się stale scenografią. Samolot pojawiający się w ostatniej scenie był zrobiony z kartonu. A obsługa kręcąca się wokół pojazdu to byli statyści-karły. Ich wzrost musiał po prostu pasować do samolotu-zabawki. W ostatniej scenie “samolotowej” pojawia się intensywna mgła – jej celem było przykrycie niedoskonałości scenografii, a  przy okazji doskonale zgrała się z wydarzeniami końca filmu. Niski budżet nie przeszkodził „Casablance” w zdobyciu pięciu nominacji do Oscara oraz trzech statuetek, włączając w to „Najlepszy Film” 1943 roku.​No i jeszcze jedna plotka z planu: Ingrid Bergman była znacznie wyższa od Humphreya Bogarta. Dlatego najczęściej gdy ci dwoje pojawiają się razem (a jest tych scen sporo w filmie), któreś z nich… po prostu siedzi.

Na koniec jeszcze kilka słów o mieście Casablanca – w kontekście filmu. Niewiele niestety jest w Casablance miejsc upamiętniających to dzieło, które bądź co bądź zrobiło mu niesamowitą reklamę na całym świecie. Do dziś przybywają tam tysiące turystów w poszukiwaniu atmosfery z filmu. No cóż… w niewielu miejscach ją znajdą, bo Casablanca – tak za Francuzów jak i obecnie – to ogromne, głośne miasto, a nie prowincjonalna mieścina, którą pokazano w filmie. Najbardziej zdeterminowanym filmowym podróżnikom zdecydowanie doradzam spacer kolonialną częścią miasta, z placem Mohammeda 5 (nazwa oczywiście zmieniona po odzyskaniu niepodległości przez Maroko w 1956 r.). Radziłabym też zobaczyć, przynajmniej z zewnątrz, Hotel Excelsior (znajdujący się na Placu Narodów Zjednoczonych). W takim miejscu jak to mogłaby się toczyć akcja filmu, gdyby tylko wydarzenia przedstawione w filmie były realne. No i oczywiście należy odwiedzić Rick’s Café  – knajpę obok portu, założoną przez Amerykankę i do dziś wspaniale oddającą atmosferę filmowej kawiarni Ricka. Obecnie jest to najpopularniejsze miejsce w Maroku, w którym zaręczają się Francuzi, Polacy, Niemcy, Amerykanie.​Jak już wcześniej wspominałam – widziałam ten film dziesiątki razy i… nadal go z chęcią oglądam, gdy tylko mam okazję. A mam ją wielokrotnie. Żadnego z seansów jeszcze nie przespałam. To jest moja perwersyjna przyjemność, powtarzane w głowie dialogi, muzyka, niezrozumiałe dla mnie samej wzruszenie. Ten film jest jak stary znajomy. No a postać Ricka… hmmm… Gdzie są tacy mężczyźni? No gdzie?

DOROTA SZELEZIŃSKA

Tekst został opublikowany w „Mojej Przestrzeni Kultury” (MPK) nr 5, marzec- maj 2020.


Fot. Kadry z filmu „Casablanca”.

slajd